piątek, 27 lutego 2015

Joanna Bator "Wyspa łza "



Joanna Bator jest dla mnie swoistym fenomenem na polskim rynku, za sprawa stylu. Przystępny,  piękny, gesty, obrazowy sposób pisania. Przebija sie jej osobowość. To, ze wiele lat mieszkała poza Polska, łatwo sie wyczuwa, nie ma nalecialosci, nie jest z pudełka schematów.
Owa pozycja moze zaskoczyć. Wyczuwam tutaj nowy luz, brak ograniczeń. Pisarka wyrusza śladem zaginionej dawno Sandry na Sri Lance. Miejsce te jest jakby pretekstem i impulsem do tego by rodziły sie impresje, wyobrażenia, mysli, by magia mieszała sie z rzeczywistością podczas pobytu na wyspie. Od poczatku wiadomo, ze nie znajdzie tej dziewczyny, bo to w ogóle nie oto chodzi, ot jest to jakby impuls do odpowiedzenia sobie na pare pytań o sobie samym.Wszystko jakoś sie tak tu przeplata. Opowieść o mrocznej bliźniacze. Trudno jest jakoś ubrać to wszystko w całość. Ksiazka robi wrażenie, ma w sobie jakaś ukryta moc. Smutna, mroczna a jednocześnie wciąga w swoje macki. Ludzie z wyspy i ludzie z przeszłości pisarki pojawiają sie na zmianę. Jest to swojego rodzaju inna, nie dająca sie zaklasyfikowac forma podróżowania. Ta pani jeszcze namiesza i cos czuje, ze dopiero sie tylko rozkręca:)

4 komentarze:

  1. Monika, jak ja Ci strasznie zadroszczę przeczytania tych wszystkich fantastycznych książek!!! Zarówno Joanny Bator, intrygującego Coetzee i wielu, wielu innych. Mariasa, Szabo i Ligockiej, żeby wspomnieć tylko kilku... Co Twoja kolejna notka, to ja natychmiastowo dopisuję do listy 'do przeczytania', na szczęście sporo z tych pozycji czeka już u mnie na półkach, bo jak wiesz gust mamy niemal identyczny. ;) ach, najęchętniej bym tylko czytała i czytała, tyle wspaniałych lektur czeka, a tu czasu niestety na wszystkie brakuje...

    OdpowiedzUsuń
  2. Miałam przerwę w pisaniu notek, wiec teraz nadrabiam, bo inaczej sie nie polapie pózniej. Czekam na maj Annie !:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Oj ja też czekam, z niecierpliwością!!! :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie zaprzyjaźnię się z tą książką. Sposób, w jaki była pisana, odpycha mnie. Nie przepadam za kwiecistym stylem, choć nie mam nic przeciwko długim zdaniom, rozciągniętym na kilka linijek tekstu, pod warunkiem, że mają sens i cel. Tutaj niektóre z nich sprawiają wrażenie udziwnianych na siłę. Jakby ktoś wrzucił do nich kilka takich wyrazów, by całe zdanie było trudne do zrozumienia. A przekaz stał się bardziej mistyczny. Cała książka błądzi gdzieś na granicy rzeczywistości i ułudy. Klimat jest ciężki, oniryczny i lepki, ale nawet to nie ratuje powieści od bycia nudną. I te opisy!
    Relacja z rozdeptania ślimaka i emocji z tym pechowym rozdeptaniem związanych, rozciągnięta na całą stronę; czy na kilka(nastu) stronach opisywany rozstrój żołądka, utwierdziły mnie w przekonaniu, że nie wszytko trzeba publikować. Najzabawniejsze jest to, że po skończeniu Wyspy łez wiem, o czym ta książka nie jest. Nadal jednak nie wiem, o czym jest. Sili się na wielką metafizykę, na podróż wgłąb siebie. Sili się, bo w moim odczuciu metafizyką nie jest.

    OdpowiedzUsuń